ODN » e-Uczyć lepiej »
Kiedy zaczynałam pracę nauczyciela historii w 1982 roku, nie mówiło się wtedy osobno ani o patriotyzmie, ani o ścieżkach edukacyjnych. „Róbmy swoje” – śpiewał wówczas Wojciech Młynarski. I robiliśmy! Jak?
Dla mnie, jako początkującego nauczyciela, ale też pasjonata i miłośnika Poznania, było normalne i oczywiste, że omawiając kulturę baroku w Polsce, przedstawiam jej odnośniki poznańskie. Dopiero po kilku latach, kiedy poczułam się już dość pewna jako nauczyciel historii, opracowałam innowację pedagogiczną: „Poznań – tysiąc lat dziejów”. Jej głównym założeniem było przyporządkowanie określonym epokom historycznym, omawianym na lekcjach historii, dziejów Poznania: historii miasta, sylwetek wybitnych poznaniaków, zabytków. Dawało to znakomite efekty: uczniowie byli zainteresowani, bo to był ich „fyrtel”. I tu muszę przyznać, z perspektywy czasu, że uczniowie wiedzieli sporo na temat Poznania, choć nie było wtedy kolorowych, luksusowo wydanych przewodników czy albumów. Może też uczniowie spędzali trochę inaczej wolny czas z rodzicami – nie w marketach?
Z uczniami-pasjonatami pogłębiałam wiedzę podczas zajęć Szkolnego Koła Przewodników po Poznaniu. Zainteresowanie było tak duże, że mimo poważnych „egzaminów” na szkolnego Przewodnika po Poznaniu, musiałam wprowadzić barierę przyjęć w postaci odpowiedniej średniej ocen. Po zakończonym „egzaminie” uczniowie ósmych i siódmych klas oprowadzali młodszych kolegów po Poznaniu. Ileż było dumy, zapału…
Klasa IV, temat lekcji: „Zabytki i ich ochrona”. W początkowej części lekcji zadaję pytanie: „Jakie zabytki Poznania znacie?” – najczęstsze odpowiedzi: koziołki, ratusz, teatr, stare domy.
Kolejne pytanie: „Kto z was był w katedrze?” – na 27 uczniów, podniosło rękę... 6 (sześcioro!?).
Parę lat temu, przedstawiłam rodzicom plan wycieczek po Poznaniu. Uznałam, że poznawanie Polski trzeba zacząć od „gniazda”. Wtedy jeden z rodziców, a były to czasy „skóry, fury i komóry”, powiedział: „Pani, a w Poznaniu są zabytki? Niech dzieciaki jadą do Berlina”. (Cytat prawie dosłowny).
Powróćmy do dawno zapomnianych haseł szkolnej „pracy u podstaw”, tej szarej, codziennej, zwykłej. Nieefektywnej, bo bez fanfar, sztandarów, przemówień, oklasków. Ale dającej rzetelne i konkretne efekty. Bo wtedy „poznańskie” będzie znaczyć „polskie”, bo hasło „jestem dumny, że mieszkam w Poznaniu”, będzie znaczyć że jestem dumny z tego, że jestem Polakiem.
I zadajmy sobie jeszcze jedno pytanie: „O jaki patriotyzm nam chodzi?”
O taki „akademijny”, gdzie uczeń postoi, wysłucha i zapomni? Czy o taki, że jadąc tramwajem czy autobusem będzie wiedzieć, że tu właśnie szli młodzi powstańcy wielkopolscy walczyć o Polskę, że tu Poznań w czerwcu krew przelewał, że tu poznaniacy wybudowali teatr z napisem „Naród sobie”? itp. itd.
A ja? No cóż... dalej robię swoje...
Maria Pacholska
Wychowanie patriotyczne, budowanie tożsamości, e-Uczyć lepiej 2(40)/2006